IV. ... i jej elementy

Zapewne największym sukcesem Hohenzollernów było zdyscyplinowanie butnej pruskiej szlachty, przekształcenie jej w karny stan oficerski, nie kastę zawodową, jak bywało gdzie indziej, lecz właśnie ekskluzywny stan, którego powinnością było służenie monarsze w szeregach jego armii. Zewnętrznym sygnałem tego procesu było stopniowe ograniczanie swobody oficerów w zakresie ubioru - kompletny mundur, pozbawiony fantazyjnych dodatków, stał się w końcu symbolem podporządkowania ale i specyficznego społecznego statusu, z którego noszący go ludzie byli dumni.

 

Oficerowie zazwyczaj nie zniżali się do bezpośredniego regulowania trybu służby żołnierzy – było to powinnością zawodowych podoficerów, rekrutujących się zwykle z doświadczonych żołnierzy. Ich zadanie nie należało do łatwych. Jeszcze w okresie wojny 30-letniej rezerwuar doświadczonych żołdaków okazał się zbyt szczupły, by pokryć zapotrzebowanie rosnących i wiecznie głodnych nowych ludzi armii. Coraz częściej to nie bezrobotny żołnierz ubiegał się o względy potencjalnego chlebodawcy, który wybierał sobie najlepszych pośród wielu chętnych, lecz wielkie wojska, byle uzupełnić swe szeregi, przyjmowały w nie każdego, choćby i wagabundę czy wyrzutka. Praktykowane później stałe utrzymywanie armii, nawet jeśli na stopie pokojowej były to szczupłe wojska szkieletowe, ujawniało kolejne braki systemu werbunkowego - teoretycznie wciąż opartego na zaciągu ochotniczym a w praktyce zdominowanego już przez podstęp i przemoc.

 

 

Oprócz różnego pokroju naiwniaków czy po prostu ludzi nie dość ostrożnych  w ręce werbowników trafiały często jednostki z marginesu, ludzie nieprzystosowani, zgoła rozbójnicy. Nie pozostawało to bez wpływu na dyscyplinę, prowadząc do zaostrzania reżimu nadzoru i karania. Żołnierzy opłacano na poziomie egzystencjalnego minimum, by tym łacniej wyzyskać zaoszczędzone środki do werbowania kolejnych. Zapewne nie przesadzimy wiele twierdząc, że wojsko ewoluować poczęło ku wielkiemu systemowi penitencjarnemu, który zlecał zdobywanie dlań kolejnych więźniów. Wszystko to czyniło je bardzo podatnym na plagę dezercji, niczym w błędnym kole prowadząc do dalszego zaostrzania sankcji i surowszego traktowania niepewnych żołnierzy. Zawodem, który i wcześniej nie należał do najbardziej szanowanych, teraz coraz częściej gardzono.

 

Dzikie niewolenie przypadkowych ludzi było z punktu widzenia kameralistycznego monarchy – uznającego za swe największe bogactwo możliwie licznych, pilnie pracujących i regularnie płacących podatki poddanych - procederem nieopłacalnym. Zbyt wielu mieszkańców rządzonych przezeń krain gotowych było raczej uciekać poza ich granice niż ryzykować zagarnięcie przez werbowników. Król Prus Fryderyk Wilhelm starał się zaradzić tej groźbie zwalniając od powinności wojskowych przynajmniej te grupy, które uważał za szczególnie ważne dla rozwoju gospodarki. Kiedy okazało się to niewystarczające, globalnie uregulował w 1733 r. zagadnienie zaciągu, przydzielając poszczególnym pułkom okręgi werbunkowe. Zamieszkałych w nich chłopów wpisywano na listy, wybranych (dostatecznie postawnych) pociągając do służby w wojsku i intensywnie szkoląc przez półtora roku, by następnie ich urlopować i powoływać ponownie pod broń dla odświeżającego umiejętności treningu na okres 10 tygodni rocznie. Ponieważ przynależność do armii uwalniała żołnierzy od patrymonialnego sądownictwa, czyniąc z nich „ludzi króla”, niektórym podobna zmiana statusu mogła się wydawać korzystna, często przecież trafiali pod rozkazy oficera, który wywodził się z kręgu rodziny lub znajomych pana… Wszystko to nie dotyczyło naturalnie niepewnych cudzoziemców, którzy musieli stale sprawować służbę w garnizonach. Artyleria i kawaleria werbowały w miastach, bo reżim służby w tych formacjach wykluczał wykorzystanie niewolników, w grę mogli tutaj wchodzić właściwie tylko ochotnicy ewentualnie, jak artyleria w okresie wojny, wspomagani przez opłacany personel cywilny. Piechota pozostawała jednak bronią zdecydowanie najliczniejszą, a co za tym idzie to jej model organizacyjny wywierał największy wpływ na ludność.

 

Stworzenie armii wyłącznie z własnych poddanych - "krajowych dzieci" (Landeskinder), które w większości, choćby w obawie przed dożywotnią utratą kontaktu w rodziną, nawet nie myślały o ucieczce i skłonne były królowi mimo wszystko służyć - miałoby swoje zalety. Jednak żołnierze, nawet jeśli w większości przebywali na urlopie, często dorabiali sobie na boku lub wręcz wynajmowani byli do pracy przez swoich oficerów, choćby z racji dodatkowego obciążenia obowiązkami służbowymi produktywnością cywilom dorównać nie mogli. Słowem potrzebna była i armia i utrzymujący ją poddani, trzeba ją było pomnażać w miarę możliwości nie uszczuplając ich liczby. Tym intensywniej sięgano do zewnętrznych źródeł i nadal korzystano z usług werbowników, po staremu porywających ludzi, tyle że już wyłącznie poza granicami kraju. Udział obcokrajowców w pruskich formacjach trudno oszacować, ulegał on okresowym wahaniom: w okresie wojny, gdy do własnych szeregów wcielano nie tylko dezerterów z obozu wroga ale i jeńców, mógł on sięgnąć przejściowo nawet połowy stanu oddziału, zwykle jednak nie przekraczał jego czwartej części. Obok zdecydowanie największej liczebnie grupy Niemców spoza granic Prus, można było wśród nich znaleźć przedstawicieli wszystkich chyba europejskich nacji.

 

 




Copyright © Bitwa pod Kunowicami | 2008 - 2012


Powered by Joomla!®. Designed by: top free web hosting vps servers Valid XHTML and CSS.