II. Strategia

 

Doświadczenia wojny 30-letniej dowiodły, że strzyżenie owiec jest daleko skuteczniejsza strategią od ich obdzierania ze skóry. Dobrze zorganizowany system kontrybucji służył armii znacznie lepiej od rabunku. Oczywiście nie oznaczało to, że wojna nagle się ucywilizowała – wciąż praktykowano wszak pustoszenie wybranych stref z premedytacją, by uczynić z nich bufor, przez który wroga armia przejść mogła jedynie ściągając zaopatrzenie z zewnątrz, nie rezygnowano również z rekwizycji, o ile nadarzała się do niej okazja, a bywało,  że armia metodycznie „wyjadała” okupowane przez nią terytorium przenosząc się z miejsca na miejsce. Generalnie przecież o jej utrzymaniu wyłącznie z rekwizycji czy kontrybucji nie mogło być już mowy - trzeba byłoby ją wówczas rozproszyć, by mogła czerpać środki z większego obszaru, a to zwiększało zagrożenie dezercją, plagą, która armie złożone po części z żołnierzy służących pod przymusem czy nakłonionych do tego podstępem mogła osłabić nie gorzej od wielkiej bitwy.

 

1 >> Swój traktat o sztuce wojennej („Nauka żołnierska króla pruskiego dla generałów jego dana” z 1748 r., polski przekład z 1771 r.) Król Prus zapoczątkował rozdziałem poświęconym specyficznym wadom i zaletom swej armii, zauważając już na początku: „Naszych Regimentów połowa złożona jest z obywatelow, połowa z cudzoziemcow za pieniądze zaciągnionych. Ci nie mając nic, coby ich z przywiązaniem utrzymywało, naypierwszey oczekują okazyi do ucieczki. Zapobiegać więc należy uciekaniu ze służby woyskowey. Wielu z naszych Generałow zda się, że gdy mieysce zbiegłego żołnierza drugi zastąpi, szkoda jest nadgrodzona, bo jeden nie więcey waży jak drugi, kiedy ten całości nie przynosi uszczerbku; ale w tey mierze nie można sprawiedliwie przyrownywać inne Woyska do naszego. Kiedy człowiek wyćwiczony uciecze, a jego mieysce zastąpi także wyćwiczony, prawda, że w tym razie jeden wart drugiego. Lecz kiedy żołnierz, ktorego przyuczono przez lata dwie do władania bronią, ażeby nabył potrzebney obrotności, uciecze; a jego mieysce zastąpi niezdatna osoba, albo nic nie warta; rzecz ta napotym złe skutki okazać może” – przechodząc następnie do drobiazgowego omówienia sposobów zapobiegania ucieczkom. Szczególną uwagę zwracał na konieczność zapewnienia żołnierzom regularnego zaopatrzenia w żywność (głównie chleb) oraz okazjonalnych dodatków do racji (mięsa) – jego zdaniem podobne prezenty działały na nich bardzo motywująco.

 

2 >> Równie istotne było przygotowanie odpowiednich zapasów furażu – tylko w ten sposób można było przedłużyć okres aktywnych działań armii do późnej jesieni lub wcześniej otworzyć kampanię wiosenną. Zadośćuczynić tym potrzebom można było jedynie dowożąc żywność i paszę z zawczasu przygotowanych składowisk, tyle że licha jakość ówczesnych dróg (o ile w ogóle zasługiwały one na takie miano) oraz w ogóle niska wydajność lądowego transportu, opartego głównie na trakcji konnej, czyniła zaopatrywanie armii na większą odległość przedsięwzięciem bardzo trudnym. Optymalnym rozwiązaniem było tutaj oparcie linii zaopatrzeniowych o spławne rzeki, gdy zaś ich bieg nie odpowiadał potrzebom, tworzenie dodatkowych składów bliżej rejonu działań, które można było z punktów rozmieszczonych nad rzeką zawczasu napełnić. Oczywiście magazyny i konwoje zaopatrzeniowe były bardzo atrakcyjnym celem operacji – zazwyczaj ich zniszczenie czy zagarnięcie stawiało wrogą armię w bardzo trudnej sytuacji, stąd jeśli było to możliwe, przynajmniej największe z nich umieszczano w obrębie umocnień. Wszystko to sprawiało, że 3 >> głębokie zagony na terytorium wroga, w rodzaju praktykowanych później przez Napoleona, były przedsięwzięciem bardzo ryzykownym - odcięta od dowozów armia mogła za sprawą dezercji, głodu i chorób osłabnąć tak bardzo, że i bez walki zmuszona zostałaby do odwrotu. Kładziono zatem nacisk na metodyczne postępowanie, w szczególności zaś na stopniowe zdobywanie lub zakładanie dobrze ufortyfikowanych baz, w których można było bezpiecznie złożyć zapasy, oraz prowizorycznie umocnionych punktów etapowych, w których mogłyby chronić się konwoje. Jeśli wojna przypominała grę, to najważniejszymi punktami na planszy były twierdze - wielkie oblężenia były znacznie częstsze od wielkich bitew, a tylko opanowanie ważnej fortecy pozwalało trwale kontrolować otaczający ją teren.

 

4 >> Sztuka kierowania armią polegała więc przede wszystkim na umiejętnym wyborze z natury obronnych pozycji, czasami wzmacnianych jeszcze przy użyciu fortyfikacji polowej. Tak usadowionej armii, podobnie jak dużej twierdzy, ominąć było nie sposób. Najwyższą cnotą dowódcy było nie dać sobie narzucić wbrew woli walki, manewrować tak umiejętnie, by wygłodzić przeciwnika, zadać mu straty nie wdając się z nim w walkę, nie dopuścić do oblężenia własnych twierdz lub zakłócić je, by nie osiągnęło celu, w ofensywie zaś właśnie niezakłócone obleganie i zdobywanie twierdz potrzebnych by uczynić następny krok. Dość powszechna była opinia, że dobry dowódca może zwycięsko przejść próbę wielu kampanii, nie staczając ani jednej bitwy.

Historycy XIX i XX stulecia często bardzo krytycznie wypowiadali się o strategii doby wojen gabinetowych, stwierdzając iż cechowało ją unikanie i odwlekanie rozstrzygnięcia, sztuczność i wydumanie. Z pewnością mieli sporo racji, jeśli odnieść ich sądy do okresu bezpośrednio poprzedzającego rewolucję francuską, gdy w nauce wojennej dominowały poglądy radykalnie przeczące okrutnym realiom, które miały dojść do głosu w okresie wojen rewolucyjnych. Wielu pisarzy wojskowych było wówczas szczerze przekonanych, że podobnie jak postęp w innych gałęziach wiedzy, zdobycze nauk wojennych pozwolą z czasem zhumanizować działania zbrojne, ograniczając rozlew krwi do minimum – ich postulatem była wojna przypominającą raczej rytuał o ściśle przestrzeganych regułach niż nieobliczalny i niszczycielski żywioł. Z punktu widzenia Napoleona byłaby to rzeczywiście jedynie sekwencja "jałowych manewrów" zupełnie chybiających jedynego wartego uwagi celu, którym mogło być w jego oczach tylko narzucenie przeciwnikowi swej woli, przez zmuszenie jego armii do bitwy i jej kompletne rozgromienie. Byłoby przecież naiwnością sądzić, że absolutystyczne monarchie XVIII-wiecznej Europy zupełnie bez powodu, czy też jedynie ze względów humanitarnych, przez długie dziesięciolecia używały przemocy w tak niekonsekwentny, ba, niecelowy sposób - późniejsi krytycy, słusznie dostrzegając skostnienie przedrewolucyjnych doktryn wojennych, zdawali się zapominać o krępujących ówczesne armie realiach społecznych, które wykluczały prowadzenie wojny a la Napoleon. W istocie każdy absolutny monarcha, który próbowałby czegoś podobnego, szybko zagroziłby podstawom swej władzy – jego instrumentem byli wszak nie obywatele skłonni ryzykować zdrowie i życie w imię interesów narodu, choćby i ucieleśnianych przez króla czy cesarza, lecz przede wszystkim poddani spełniający narzuconą im powinność, czasami, może zgoła z reguły, raczej niechętnie.

 

5 >> W realiach dawnego porządku szukanie nieprzyjacielskiej armii w celu jej wyeliminowania w walnej bitwie w większości przypadków mijało się z celem. Pomijając niebezpieczeństwo poniesienia porażki, nawet zwycięstwo okupione zostać musiało stratami, a sukces ograniczał się zasadniczo do zajęcia pola bitwy - próba energicznego pościgu za rozbitym przeciwnikiem w celu dopełnienia jego klęski łatwo doprowadzić mogła do kompletnej dezorganizacji samych zwycięzców. Sposób uszykowania i mechanika działania ówczesnych wojsk bardzo utrudniały ich podział na autonomiczne zgrupowania, które można byłoby wprowadzać do walki stopniowo, w miarę rozwoju sytuacji. Wysiłek płytko ugrupowanego wojska nie mógł trwać zbyt długo, a skoordynowanie poczynań kilku korpusów wprowadzanych na pole bitwy z różnych kierunków było bardzo trudne i często zawodziło, stąd armia ruszała do walki z reguły w całości. Wódz, mógł ustawić wojsko w szyku i rzucić je do natarcia, jednak reagować na nagłe zwroty akcji było mu znaczniej trudniej. W podobnych warunkach najdrobniejszy kaprys fortuny mógł wniwecz obrócić najmisterniejszy plan. Najwięksi dowódcy epoki zgodnie uznawali podobne starcie za wielkie i niezmiernie rzadko dające się usprawiedliwić ryzyko. Dlaczego więc bitwy w ogóle wydawano? Czy były jednak nieuniknione? Kiedy sam manewr nie wystarczał? Odpowiedzi na te pytania szukać wypada zapewne w sferze subiektywnej oceny dowódcy. To właśnie ona w ostatniej instancji decydowała o uznaniu przezeń jakiejś sytuacji za wyjątkową okazję do pobicia części sił przeciwnika, lub kazała mu skonstatować, że walka jest nieunikniona, a zatem trzeba podjąć wyzwanie losu. Sam Fryderyk Wielki w swych pismach wojskowych dopuszczał stoczenie bitwy tylko w wyjątkowych przypadkach, przede wszystkim zresztą, gdy trzeba było przyjść odsieczą bliskiej upadku twierdzy, co więcej, z upływem czasu był w tej dziedzinie coraz bardziej restrykcyjny. Łamał przecież często reguły, które sam ustanowił. Czy świadomie kłamał? Wydaje się, że chodziło mu o coś innego – korzystał z naturalnej przewagi nad generałami wrogiej koalicji, którą dawała mu jego wyjątkowa pozycja  - w przeciwieństwie do nich jednoczył w swej osobie wodza i monarchę, wydając bitwę nie ryzykował więc kariery, skoro zaś przed nikim poza samym sobą nie odpowiadał, mógł sobie pozwolić na wyjątkowo agresywny styl gry. Poza tym działając na własnym terytorium nie zawsze mógł sobie pozwolić na zwlekanie. Nawet jeśli mógłby wyprzeć jednego z wrogów tylko umiejętnie manewrując, inny nie powstrzymywany narobiłby w międzyczasie szkód. Jeśli więc dostrzegł okazję, uznał że któryś z wrogów popełnił błąd, uderzał nań nie czekając, aż ten go naprawi. Bitwa zmierzała tutaj nie tyle do zniszczenia przeciwnika, co do uwolnienia się odeń na dłuższy czas, odzyskania należytej swobody działania, pozbycia się z domu tego intruza, który najbardziej zagroził spiżarni…  Wypada dodać, że nawet wojowniczy król Prus z czasem stracił zapał do wielkich batalii  i wydawał je coraz rzadziej - po Kunowicach zdecydował się to uczynić jeszcze tylko dwa razy, choć wojna ciągnąć się miała jeszcze przez cztery lata. Zadowalał się reputacją hazardzisty, który przed niczym się nie cofnie - uprzednio solidnie na nią zapracował, wielokrotnie podejmując ryzyko, które nie tylko jego przeciwnicy ale i jego podwładni uważali za niedopuszczalne. W jego korpusie oficerskim sarkano, że król lekkomyślnie rozlewa krew swych żołnierzy, powołując się na przykład jego brata Henryka, nie tak sławnego a zdaniem podwładnych zręczniejszego. Nie należy tutaj zapominać o jeszcze jednym czynniku - chwale. Pojęcie to może się wydać próżne tylko temu, kto nie rozumie jak bardzo "historycznym zwierzęciem" był król, jak bardzo pragnął pozostawić po sobie trwały ślad w kronikach. Czyż dorównanie sławą Cezarowi, Tureniuszowi czy Eugeniuszowi Sabaudzkiemu samo w sobie nie było godnym uwagi celem? Czyż nie przyczyniało poważania dynastii? Jego następcy aż po katastrofę 1806 r. pławić się mieli w splendorze jego wojskowych przewag, a pruska i niemiecka armia miała się powoływać na jego dzieło przez bez mała dwa stulecia.




Copyright © Bitwa pod Kunowicami | 2008 - 2012


Powered by Joomla!®. Designed by: top free web hosting vps servers Valid XHTML and CSS.